Podstawowa pielęgnacja

Wprowadzanie nowych produktów. Jak sprawdzić, czy produkt działa?

14:42


Moje podejście do pielęgnacji opiera się na trosce o cerę, odpowiadaniu na jej potrzeby, nie zaś torturowaniu jej aż się podda i zechce wyglądać, jak sobie tego życzę. Jestem przekonana, że to drugie podejście nie działa. Pierwsze wiąże się z obserwacją cery i tego, co się z nią dzieje po nałożeniu kosmetyku. Przydatnym narzędziem jest tu tzw. patch testing i czas poświęcony testowaniu poszczególnych produktów. Wprowadzając nowy produkt:


  1. Nakładam go na nadgarstek lub za uchem i czekam, czy nie wystąpi reakcja alergiczna. Silne reakcje alergiczne pojawiają się od kilkunastu minut do kilku godzin. Jeśli nic się nie dzieje, mogę założyć, że po nałożeniu produktu w większej ilości, nie umrę i nie odpadnie mi twarz. Ten test nie chroni przed alergiami, które mogą pojawić się po kilku tygodniach stosowania kosmetyku.
  2. Przez około tydzień stosuję go najpierw na policzku, potem również na brodzie, a potem na połowie twarzy. Beauty Brains piszą, że patch testing odnośnie trądziku nie działa, jednak u mnie jeśli krostki mają się pojawić, to często pojawiają się bardzo szybko. Nie upieram się, że to “prawdziwy trądzik”, wspomniane przez nich podrażnienie mieszków włosowych jest bardzo prawdopodobne. Jakiej nazwy by nie nosiły, jeśli produkt pogarsza stan cery, nie będę go dalej stosować.
  3. Przez kolejny tydzień stosuję produkt na całą twarz i obserwuję, co się dzieje. Czy nawilża, czy jest przyjemny w stosowaniu, jak współgra z innymi produktami i wreszcie: czy robi to, co ma robić.


W przypadku większości produktów na efekty trzeba czekać dłużej, niż tydzień. Tydzień daję produktom myjącym, ponieważ ich zadanie jest proste. Podobnie traktuję produkty nawilżające (bez dodatkowych zadań) czy np. Filtry UV, których skuteczność można sprawdzić dopiero w odpowiednich warunkach. Rozjaśnienie, napięcie skóry - tego można spodziewać się całkiem szybko. Kwasy czy wit. C wymagają już przynajmniej miesiąca, w trakcie którego może wystąpić tzw. purging, czyli oczyszczanie cery. To zjawisko nie ma miejsca w przypadku produktów bez substancji aktywnych. Krem nawilżający nie może spowodować oczyszczania. Jeśli po jego nałożeniu pojawiają się wypryski, najwyraźniej krem jest nieodpowiedni.


Jeśli chodzi o produkty likwidujące przebarwienia, przeciwzmarszczkowe, przeciwtrądzikowe, często trzeba uzbroić się w cierpliwość, ponieważ efekty mogą nadejść dopiero po wielu miesiącach. Nie namawiam do tego, by w tym czasie nie testować żadnych nowych produktów - to byłoby nierealne. Sugerowałabym jednak nie wprowadzać nowych produktów o tym samym zadaniu. Testując serum z. wit C i dorzucając dwa tygodnie później ampułkę z arbutyną można spodziewać się efektów, ale nie będzie wiadomo, który z produktów zadziałał.


Osoby skłonne do podrażnień, alergii i trądziku powinny być szczególnie ostrożne jeśli chodzi o wprowadzanie jakichkolwiek produktów. Nowy olejek myjący i nowe serum mają zupełnie inne zadania, ale jeśli pojawią się wypryski lub egzema, który produkt należy winić? Nie raz czytałam posty spanikowanych dziewczyn, które wklejały składy swoich nowych nabytków, szukając pomocy w zidentyfikowaniu winnych. A niestety, odpowiedzią na pytanie “który składnik mógł mnie zapchać?” brzmi “w zasadzie każdy”. Każda cera reaguje inaczej, nie istnieją uniwersalne “zapychacze” a większość testów komedogenności miała miejsce na uszach królika. Dlatego najlepszą obroną przed “niespodziankami” jest sumienne testowanie produktów w izolacji, przez taki okres czasu, po jakim zwykle pojawiają się przykrości spowodowane produktem.


“Testowanie” może mieć miejsce na całej twarzy, ważne jest jednak, żeby wyeliminować czynniki zewnętrzne. Nie testuję produktu w podróży, gdy myję twarz inną wodą, niż zwykle. Nie jem w tym czasie nabiału, jeśli wiem, że nabiał ma u mnie tendencję do nasilania zmian. Nie używam sheet masek, których wcześniej nie używałam (samo testowanie sheet masek jest niestety dość problematyczne). I tak dalej, i tak dalej.


Bardzo niefajnie nakręcić się na produkt i odkryć, że nie działa lub szkodzi, ale jeszcze gorzej zastanawiać się: czy to produkt, czy może jednak ta wczorajsza pizza przegryziona naczosami z serem i zapita colą? A może po prostu już dawno nie zmieniałam poszewki? Albo to ten nowy płyn, w którym ją wyprałam? Albo nowy krem mojego chłopaka?


Oczywiście nie namawiam do zaprzestania widywania chłopaka na czas testów ;) Ale nie ma co utrudniać sobie życia. Owocnego testowania!

Podstawowa pielęgnacja

Azjatycka pielęgnacja krok po kroku

16:01


Rozpisując startową pielęgnację dla skóry z rozszerzonymi porami i zaskórnikami zdałam sobie sprawę, że nie mogę jej zaprezentować, dopóki nie omówię poszczególnych kroków wykorzystywanych w azjatyckiej pielęgnacji. Temat został poruszony na wielu anglojęzycznych blogach, a posiadaczki książki Sekrety urody koreanek zawsze mogą do niej zajrzeć, żeby sobie przypomnieć co jest czym. Często jednak mamy w ręce produkt, który nie pasuje do żadnego z dziesięciu kroków Charlotte Cho. Gdzie go umieścić w rutynie?


Typowa zachodnia pielęgnacja wygląda zwykle tak:

  1. Kosmetyk oczyszczający: najczęściej na bazie wody, jednak niektóry wolą płyn micelarny lub mleczko.
  2. Tonik: tzw. astringent toner, dosłownie “tonik ściągający”, tonik przywracający skórze kwaśne pH.
  3. Serum lub ampułka: trochę wyższy poziom pielęgnacji, obecny u osób zainteresowanych tematem.
  4. Krem: główny punkt pielęgnacji, z którym związane są największe oczekiwania. Ten na dzień niekiedy zawiera filtr UV. Często nie.

Tak natomiast prezentuje się pełna kosmetyczna garderoba według azjatyckiej filozofii, inspirowana redditami /r/skincareaddiction i /r/asianbeauty (które polecam jako kopalnię wiedzy).

OCZYSZCZANIE
  1. Kosmetyk oczyszczający na bazie olejów: najpopularniejsze formy to emulgowany olejek myjący lub balsam myjący. Można w tym kroku skorzystać również z OCM (oczyszczania twarzy olejem, który nie jest zemulgowany i wymaga zmywania za pomocą ściereczki) lub użyć mleczka, produktu w formie kremu lub myjka o nazwie pool cleanser który chyba nie ma żadnego odpowiednika w języku polskim, działa jak olejek myjący ale nie jest tłusty. Przez pewien czas były popularne w Korei, ale chyba nie uzyskały rozgłosu na Zachodzie. Osobiście dla większości cer polecam zemulgowane olejki i balsamy lub pool cleansery. Oczyszczacze w kremie czy mleczku są trochę trudniejsze w obsłudze niż te zmywane wodą, ale mogą być ratunkiem dla bardzo suchej i wrażliwej skóry.
  2. Kosmetyk oczyszczający na bazie wody: czyli żele, pianki, pudry i kostki myjące. Na /r/AB lubimy myjki o niskim pH, ponieważ pH produktów myjących jest bardzo istotne. Większość mydeł ma wysokie pH, nawet te super-duper naturalne jak mydła marsylskie czy z Aleppo, dlatego polecam wybierać żele, ew. pianki lub pudry. W wybraniu produktu z niskim pH pomoże ten wygodny arkusz.
  3. Peelingi, maseczki: mówimy oczywiście o maseczkach zmywalnych - tych z glinki, glonów czy maseczkach peel off.
  4. Inne kosmetyki myjące: płyny micelarne, chusteczki myjące, zmywacze makijażu oczu i ust. Tych ostatnich chyba używałabym przed olejkiem, żeby mieć pewność, że zostały również usunięte. Chusteczki to oczywiście opcja awaryjna “zamiast”.

ZŁUSZCZANIE I LEKI NA RECEPTĘ
  1. Tonik przywracający kwaśne pH: tonik w stylu zachodnim, krok przygotowujący przed kwasami. Dzięki niemu kwasy nie muszą zużywać części swojej “mocy” na obniżenie pH skóry do poziomu, jakiego potrzebują by działać (dla wit. C to ok. 3.5, a pH skóry to ok. 5.5). Osobiście nie stosuję tego kroku, ponieważ mam cerę atopową i preferuję jak najdelikatniejsze złuszczanie. Nie przeszkadza mi, jeśli mój kwas trochę “osłabnie”.
  2. Witamina C: serum z kwasem l-askorbinowym wymaga najniższego pH, więc jeśli w rutynie obecne są wszystkie “aktywa”, witamina C idzie na twarz jako pierwsza. Posiada właściwości przeciwzmarszczkowe, antyoksydacyjne i rozjaśniające przebarwienia. Serum z innymi formami witaminy C (SAP, MAP, etc) może być użyte jako późniejszy krok, według zaleceń producenta.
  3. Kwasy BHA: Rozpuszczalne w tłuszczach. Oczyszczają pory, zapobiegają wypryskom, wygładzają skórę. Kwasy BHA są aktywne w nieco wyższym pH, ok. 4.
  4. Kwasy AHA, PHA: Rozpuszczalne w wodzie. Mają działanie przeciwzmarszczkowe, rozjaśniające i wygładzające. Wymagają niskiego pH dość podobnie jak kwasy BHA, jednak górną granicę mają zwykle ciut wyżej. Kwasy PHA są uważane za łagodniejsze niż kwasy AHA.
  5. Leki na receptę: retinoidy, kwas azelainowy, benzoyl peroxide, klindamycyna, dowolny inny lek - to, co zostało przepisane przez dermatologa. Raczej niewskazane jest stosowanie ich równolegle z kwasami i witaminą C, jeśli jednak ktoś stosuje taką kombinację, leki raczej pójdą po nich, ze względu na kremową konsystencję.

“Aktywa” działają najlepiej pozostawione na skórze na 15-30 min. Oczywiście nie trzeba czekać 30 min po każdym z nich, wystarczy odczekać, aż produkt się wchłonie. Poza witaminą C działają w dość podobnym pH, więc nie będą sobie przeszkadzać. Witamina C najlepiej sprawdza się stosowana rano, jednak ponieważ utrzymuje się w skórze ok. 24h, można używać jej też wieczorem. Zamiast, nie oprócz - ponieważ jest obecna tak długo, nie ma potrzeby aplikować jej dwa razy dziennie i podwójnie podrażniać skóry. Mój sugerowany model to: wit. C rano, kwasy i leki wieczorem, najlepiej również stosowane w różne dni. Nie ma potrzeby stosowania i kwasów BHA i AHA. Jeśli to początek Twojej przygody z pielęgnacją, z punktów 5-8 wybierz tylko jeden.

NAWADNIANIE
  1. First essence:  tzw. pierwsza esencja lub booster, produkt zwykle o bardzo lekkiej konsystencji, który ma za zadanie poprawić wchłanianie kolejnych kroków. Zwykle oferuje właściwości nawadniające i rozjaśniające cerę.
  2. Tonik nawadniający: hydrating toner, skin (po Koreańsku) lub lotion (po Japońsku). Nie mylić z anglojęzycznym lotionem, po Koreańsku emulsją. Skomplikowane? ;) Jakby go nie nazwać, chodzi o mocno nawadniający, lekki w konsystencji krok będący ulubieńcem azjatek. Zupełne przeciwieństwo Zachodnich toników, które często dość mocno ściągają i wysuszają skórę - zwłaszcza te mocno alkoholowe z serii dla młodej cery “Wypal swój trądzik ogniem z piekła”. Brr.
  3. Esencja: jeden ze sztandarowych kroków azjatyckiej pielęgnacji. Esencje są zwykle bardziej żelowe niż toniki, zawierają też różne ekstrakty, którymi producenci się chwalą i dedykowane są różnym przypadłościom. Powinny też jednak przyzwoicie nawadniać i trochę nawilżać.
  4. Serum lub ampułka: teoretycznie serum jest bardziej skoncentrowaną wersją esencji, a ampułka bardziej skoncentrowanym serum, w praktyce jednak producenci nazywają rzeczy trochę jak im się podoba. Jeśli posiadasz serum, które jest lżejsze w konsystencji niż esencja, albo treściwą esencję, można zamienić je miejscami. Ta zasada dotyczy tak naprawdę wszystkich produktów w kategorii "nawadnianie".
  5. Maska w płachcie: chyba najbardziej rozpoznawalny atrybut azjatyckiej pielęgnacji! Sheet maski nasączone są esencją, która może mieć różne właściwości, jednak pozostawione na 20 min (nawet do godziny) powinny przede wszystkich dogłębnie nawodnić skórę, pozostawiając ją nawilżoną,  sprężystą i promienną - efekt, który Koreanki nazywają chok chok. W tym kroku nakłady również żelowe płatki pod oczy.

NAWILŻANIE
  1. Żel: lub żelokrem, lekki krok nawilżający dla cer tłustych i mieszanych, jako krok wspomagający cięższy krem dla cer suchych. Dostępne jest wiele żeli z aloesu, bambusa czy robiący ostatnio furorę ogórek. Warto jednak pamiętać, że jednoskładnikowy żel nie jest kompletnym nawilżaczem i zwracać uwagę na zawartość etanolu, bo w tym kroku niestety lubi się ukryć.
  2. Emulsja: czyli krem w płynie, nawilżające mleczko, które w zachodniej anglojęzycznej pielęgnacji nosiłoby nazwę lotion. Nie mylić z Japońskim lotionem, czyli tonikiem. Tłustym cerom może wystarczyć sam żel lub emulsja.
  3. Krem: krem jakim go znamy, jednak odarty z wszelkich oczekiwań. Ponieważ wszystkimi przypadłościami zajęły się kwasy, esencje, sera i ampułki, krem ma tylko całe to dobrodziejstwo “zamknąć”, “zapieczętować” i zapobiec odparowywaniu wody. W związku z tym krem może mieć bardzo prosty skład, nie musi nic specjalnego “robić”, ważne, żeby był dopasowany do typu cery. Cery tłuste wybierają kremy mało emolientowe (czyli bardziej krok 14), cery suche mogą pakować emolientów ile wlezie, cery odwodnione mogą się za to rozejrzeć za składnikami okluzyjnymi, ktore tworzą warstwę zatrzymująca wodę (lanolina, ceramidy, olej makadamia, olej mineralny, tlenek cynku, silikony). Posiadanie osobnego kremu na dzień i na noc jest ok, posiadanie osobnego kremu na zimę i lato jest ok, posiadanie osobnego kremu na każdy dzień tygodnia, na Dzień Kobiet, Gwazdkę i Święto Pizzy też jest ok (choć tym, jak ja, reagującym twarzą na kiepską dietę polecam w tym przypadku raczej stos plasterków z Cosrx).
  4. Produkty pod oczy: serum, kremy, nakładane na mniejszą powierzchnię skóry, a więc tuż przed sleep packiem, żeby nie rozmazać ich kolejnymi krokami po całej twarzy.
  5. Olej: kilka kropel dodane do kremu lub nałożony na całą twarz.


WYKOŃCZENIE

  1. Maska całonocna: sleeping pack, sleeping mask lub sleep pack, to również jeden z kosmetyków jeszcze niedawno u nas nieznanych. Powstał jako alternatywa dla kremów na noc, dla osób o tłustej cerze, które chciałyby przez noc głęboko nawilżyć cerę. Typowe, lekkie kremy na dzień nie były w stanie poradzić sobie z tym zadaniem, kremy na noc okazywały się jednak zwykle zbyt treściwe, zwłaszcza w tropikalnym klimacie. Obecnie sleep packi trochę się pokrywają z kremami na noc, ponieważ wiele z nich bywa już równie treściwa jak one, Wciąż można jednak dostać także te lekkie, mocno nawilżające maski nocne, które nie będą przy tym przesadnie natłuszczać.
  1. Filtr UV - absolutny mus, zarówno w Korei jak i Japonii. Azjatki kochają bladą cerę, jednak przy okazji zyskują ochronę przed fotostarzeniem i rakiem skóry. Jeśli w rutynie obecne są kwasy lub retinoidy, filtr to absolutna konieczność, nie tylko latem. Odkryta złuszczaniem skóra jest szczególnie wrażliwa na promienie słoneczne i podatna na przebarwienia. Oczywiście filtr stosujemy tylko rano.
  2. Kuracje punktowe: przeciwtrądzikowe i przeciwzmarszczkowe. Pudry, plasterki, żele i ampułki nakładane na lwią zmarszczkę czy wypryski. Zwykle na noc, ponieważ najczęściej są dość… inwazyjne wizualnie.
  3. Mgiełka: mgiełki można używać w kroku toniku nawilżającego, pomiędzy krokami, żeby podbić nawilżenie, po makijażu, żeby go trochę “odpudrować”oraz w dowolnym momencie dnia, dla odświeżenia i poprawy nawilżenia skóry.  

Daesung coś o tym wie.
I to już wszystkie z dzieś… zaraz, dwudziestu trzech kroków! :)


Cooo, DWADZIEŚCIA TRZY KROKI? Mam to wszystko kupić i nałożyć na twarz?! NA RAZ?!!!111oneoneone :O :O :O


Oczywiście, że… nie. Tak, jak napisałam wyżej, jest to pełna kosmetyczna garderoba. Tak jak nie każdy ma swojej szafie ogrodniczki, kurtkę bomberkę czy szarawary, nie każdy musi posiadać serum pod oczy, maseczkę z glinki czy nawet jakąkolwiek esencję. Rozpiska nie sugeruje, jakie produkty należy mieć, ale jak poustawiać te, które się posiada. I jest to tylko propozycja! Oczywiście bardzo zachęcam do nabycia choć jednego produktu dobrze nawadniającego (pierwszej esencji, toniku nawilżającego lub esencji), ponieważ wiem, że potrafi zrobić dużą różnicę i dla wielu osób był to gateway drug do świata azjatyckiej pielęgnacji. Żaden produkt na liście nie jest obowiązkowy, ale kosmetyki, które ja uważam za niezbędne, za bazę, na której można zbudować dowolną osobista pielęgnację oznaczyłam w poście na fioletowo. Zaznaczyłam fioletem cały podpunkt nawilżanie, ponieważ kwestia, czy wybrać żel, emulsję czy krem zależy od typu skóry i indywidualnych preferencji. Niektóre osoby o cerze tłustej mogą w ogóle zrezygnować z tego kroku na rzecz kilku porządnych ser, ampułek i esencji, posiadanie dobranego do cery produktu nawilżającego jest jednak krokiem niezbędnym by móc dodawać do rutyny jakiekolwiek aktywa.

Warto pamiętać też, że pielęgnacja cery nie należy do nauk ścisłych, więc powyższa kolejność jest jedynie punktem wyjścia dla modyfikacji. Od czegoś trzeba zacząć, w czym rozpiska mam nadzieję choć trochę pomoże.

Dla tych, którzy dotrwali do końca posta mam jeszcze prezent: ściągę w PDFie, do wydrukowania, do dzielenia się i zamieszczania, gdzie macie ochotę. Powyższe podpunkty zostały w niej przedstawione w formie wizualnej. Mam nadzieję, że okaże się pomocna!


Podstawowa pielęgnacja

Pory, wągry, zaskórniki: najczęstsze mity i podstawowa pielęgnacja, cz. 1

07:37



Rozszerzone pory i zaskórniki to jedne z najczęściej wymienianych problemów skórnych, o jakich czytam na forach. Dotyczą cery tłustej i mieszanej. Są efektem nadprodukcji łoju, dlatego ciężko mówić o nich w przypadku cery suchej. Cechą cery suchej jest zbyt mała aktywność gruczołów łojowych: gruczoły te nie mogą jednocześnie pracować za słabo i zbyt prężnie, to się zwyczajnie wyklucza. Oczywiście ich aktywność może być różna w różnych miejscach twarzy (i ciała) i sytuacja, w której strefa “T” pracuje za dwóch, skutkując cerą tłustą, a policzki pozostają normalne lub suche jest bardzo powszechna.

Co z osobami, które uskarżają się na cerę “suchą i tłustą na raz”, łuszczącą się, papierową w dotyku, ale z makijażem spływającym z twarzy już po kilku godzinach? Ich skórze nie brakuje natłuszczenia, w tym temacie cera radzi sobie doskonale, prawdopodobnie brakuje jej jednak wody. Pielęgnacji skóry odwodnionej poświęcę osobny post.

Ratunku, moja cera jest brudna i cała w zaskórnikach!
Przyczyną zaskórników nie jest “brud”. Nie raz gdy ktoś pyta na forum o sposoby na zaskórniki, czytam dość obraźliwe sugestie w stylu “zacznij myć twarz”. Istnieje duża szansa, że ktoś już to robi. Pojawiają się też porady odnośnie diety. Dieta może mieć wpływ na produkcję sebum, większy wpływ mają jednak hormony regulujące pracę gruczołów łojowych. U osób o cerze tłustej gruczoły łojowe wyrabiają 200% normy, pompując sebum, które jest mieszaniną różnych lipidów - tłuszczy i wosków. Sebum wydostaje się z gruczołów łojowych na powierzchnię skóry za pomocą struktur zamieszkujących mieszki włosowe, które w angielskim noszą nazwę sebaceous filaments, co na polski dosłownie tłumaczyłoby się jako “pałeczki łojowe” (lub “pręciki łojowe”). Ne udało mi się jednak znaleźć żadnego oficjalnego tłumaczenia, dlatego na potrzeby tego posta zostanę przy angielskim popularnym skrócie SF. SF składa się z mieszanki sebum, bakterii, korneocytów (martwych komórek naskórka) i pojedynczego włosa (Archives of Dermatological Research, 1976). Jest biały lub żółtawy i po naciśnięciu wychodzi ze skóry w formie miękkiego wężyka. Jeśli pory nie są regularnie oczyszczane, część SF stykająca się z powietrzem utlenia się i powstaje ciemny czubek. Tak rodzą się zaskórniki otwarte, które wymasowane olejkiem myjącym wychodzą w postaci twardych czopków (ang. grits). Jeśli zatkany por nie ma kontaktu z powietrzem, powstają zaskórniki zamknięte. Takich zaskórników nie da się usunąć samym olejkiem myjącym: potrzebne będzie złuszczanie.

Złuszczanie jest bardzo istotne w przypadku walki z rozszerzonymi porami i zaskórnikami, ponieważ przy tłustej cerze sebum skleja martwe komórki naskórka tak, że nie są w stanie poprawnie się odrywać. Komórki te, wymieszane sebum, “rozpychają” pory i zatykają ich ujścia. Co gorsza, taka “skorupa” uniemożliwia dostarczanie skórze wody z zewnątrz, dlatego cera tłusta tak często jest odwodniona.

Złuszczanie za pomocą kwasów rozpuszczalnych w tłuszczach (kwasów beta-hydroksylowych: BHA, jak np. kwas salicylowy), pozwala regularnie “oczyszczać” pory, nie dopuszczając do utlenienia się ich zawartości, dzięki czemu SFy nie mają okazji przemienić się w zaskórniki. Samych pręcików łojowych nie można trwale usunąć. Są naturalną częścią porów, a wyciśnięte z powrotem wypełnią się w ok. 30 dni (choć niektórzy twierdzą, że dużo szybciej). U osób o większych porach są one po prostu bardziej widoczne, ale odpowiednia pielęgnacja pozwala tę widoczność zmniejszyć. Jest to coś, co po prostu trzeba zaakceptować. Większość ludzi nie patrzy na nas z odległości 20 cm, a ci, którzy patrzą, dobrze, by lubili nas za coś więcej, niż pozbawiony porów nos ;)

No dobrze, ale co z ogromnymi porami? I czy jeśli zwęzić pory, to pręciki staną się również mniej widoczne?

Tutaj czyha kolejne rozczarowanie, ponieważ porów generalnie nie da się zmniejszyć. Ich rozmiar jest warunkowany genetycznie i jeśli się zmienia, to raczej na gorsze. Niektórzy donoszą, że pory mogą powiększyć się np. poprzez używanie plasterków na nos, służących do “wyrywania” zaskórników, ale nie ma na temat temat solidnych dowodów. Ja, mając do wyboru wyrwać pręciki z porów albo je rozpuścić, wybieram jednak to drugie. Czyli kwasy, olejki, ew. tzw. melting balmy.

Kolejny temat: “otwieranie” i “zamykanie” porów. Takie stwierdzenia często pojawiają się przy okazji tematu parówek, oczyszczania metodą OCM czy zaleceń, by myć twarz zimną wodą. Jak przytomnie zauważa Fiddy Snails, pory nie mają malutkich mięśni, które pozwalałyby im się otwierać i zamykać. Ciepło może pomóc rozpuścić czopki łojowe, a zimno może pomóc ujędrnić skórę - napięte pory wyglądają zwykle trochę lepiej, niż obwisłe. Nie ma to jednak nic wspólnego z otwieraniem czy zamykaniem.

Bardzo zatem prawdopodobne, że Twoja twarz wcale nie jest pokryta zaskórnikami, jednak i pręciki i zaskórniki zwalcza się praktycznie tak samo. Co w takim razie można z nimi zrobić? Co z produktami przeciwko porom, czy obietnice producentów to wszystko marketingowy bullshit, nie ma nadziei i zostaje tylko pogodzić się z posiadaniem nosa jak muchomor?

Niestety, większość to faktycznie bullshit. Coś, co dolega większości osób i czego za bardzo nie da się pozbyć na stałe to kopalnia pieniędzy dla producentów kosmetyków. Ale są produkty, które mogą pomóc zmniejszyć widoczność zaskórników i pręcików a więc i widoczność porów. To wszystko już niebawem w części drugiej, poświęconej konkretnym kosmetykom :)

Podstawowa pielęgnacja

Azjatycka pielęgnacja - rozterki i obawy na początku drogi

15:50


W grupach i na forach poświęconych azjatyckiej pielęgnacji najczęściej chyba padającym pytaniem jest “od czego w ogóle zacząć?“ Choć każdy z poniższych podpunktów mógłby zostać rozwinięty w osobnym poście, chciałabym im poświęcić po kilka linijek, które może rozwieją dylematy tak często dręczące nowicjuszy.

 Esencje, skiny, lotiony, emulsje - to wszystko wydaje się takie skomplikowane!

Nowe marki, nowe techniki i zupełnie nowe podejście do pielęgnacji: to może być onieśmielające. Dla wielu osób pierwszym kontaktem z azjatyckimi kosmetykami jest artykuł o słynnych dziesięciu krokach koreańskiej pielęgnacji w internecie czy kolorowym magazynie. Pamiętam, jak sama próbowałam znaleźć kandydata na każdy z tych kroków, przekonana, że aby zobaczyć efekty muszę "złapać je wszystkie". Umiejętność poruszania się w gąszczu produktów i dopasowywania ich do swoich potrzeb przyszła dopiero z czasem. Teraz chciałabym się nią podzielić z innymi.

To, co mogę doradzić na początek to umiar i rozsądek. Ciężko się na początku powstrzymać i nie kupić wszystkich kremów w kształcie jabłek i brzoskwiń, króliczkowych mgiełek i plasterków usuwających zaskórniki raz na zawsze, zwłaszcza widząc zdjęcia cudzych zakupów na forach i grupach facebookowych czy wzbudzające zazdrość fotki "przed" i "po". Pozwalając sobie jednak na szaleństwo i ogromny pierwszy “haul”, można stworzyć chaos i zaszkodzić swojej skórze. Wprowadzając kilka nowych produktów na raz, nie da się ocenić, który z nich wpłynął na cerę pozytywnie. Co gorsza, ciężko również ustalić, który z nich mógł zaszkodzić. Bardzo często czytam posty dziewczyn szukających pomocy, ponieważ nie wiedzą, który z nowych produktów je “zapchał”. Temat “zapychania” zasługuje zresztą na własny post.


 Jeśli posiada się bazę w postaci solidnej zachodniej pielęgnacji, nie warto od razu wyrzucać wszystkiego do kosza i jak najprędzej zastępować azjatyckimi produktami. Możliwe, że część z nich da się wkomponować w warstwowe podejście, a jeśli nie, nowy produkt warto wprowadzić, kiedy kończy się jego odpowiednik. Włączając produkty po jednym, w odstępach minimum dwutygodniowych można zaobserwować, jak produkt działa na skórę. Łatwiej jest też redefiniować swoje oczekiwania i poszukiwać nowych kosmetyków. Jeśli mój nowy tonik ładnie łagodzi zaczerwienienia, ale trochę za mało nawilża i za mocno pachnie, wiem, że będę szukać czegoś, co działa podobnie, ale być może jest przy tym bardziej nawilżające i bezzapachowe.


 Azjatycka pielęgnacja nie nadaje się dla minimalistów, ponieważ wymaga bardzo dużej ilości produktów.

Słynne dziesięć kroków to w dużej mierze mit mający podkreślić odmienność i egzotyczną naturę azjatyckiej pielęgnacji. Niektórzy używają wielu specyfików, inni tylko kilku. Sekretem urody i młodego wyglądu Koreanek nie jest stosowanie dziesiątek produktów, a dobre nawilżenie (nawodnienie) i sumienna ochrona przeciwsłoneczna.  Nakładanie wielu lekkich warstw na pewno pomaga w osiągnięciu pierwszego celu, ale nie potrzeba do tego dziesięciu produktów. Wystarczy jeden mocno nawadniający tonik i metoda 7 Skin.

 O dostępnych krokach można myśleć jak o szwedzkim stole: jeśli ktoś ma ochotę i możliwości, to nic nie stoi na przeszkodzie by spróbował wszystkich potraw, ale przeciętny gość bankietu zadowoli się kilkoma wybranymi daniami. Niektórzy lubią mieć wybór i trzymać w szafce kosmetyczny bar sałatkowy, z którego wybierają to, czego akurat potrzebuje ich skóra, ale nie ma nic złego w używaniu codziennie tych samych trzech lub czterech produktów. Modyfikowalność na którą pozwala azjatyckie podejście powinna być dużą zaletą. Zamiast tego dla wielu osób na początku drogi wydaje się ograniczająca, ponieważ nie mają świadomości, że mogą coś zmienić w "przykazaniach".


 Zamawianie z zagranicy jest trudne/niebezpieczne/nieekologiczne.

Nie każdy chce i lubi kupować za granicą. Niektórzy się boją, innym wydaje się to skomplikowane lub kupują wyłącznie w lokalnych sklepach ze względów ideologicznych. Na szczęście jest już wiele polskich sklepów oferujących azjatyckie kosmetyki (głównie koreańskie). Dla tych, którzy preferują lokalne produkty, jest dobra wiadomość: azjatycka pielęgnacja nie wymaga azjatyckich specyfików. Z powodzeniem można używać rodzimych zamienników. O tych, które znam, na pewno będę wspominać przy okazji polecania innych produktów.

 Azjatyckie kosmetyki mają brzydkie składy i jest w nich pełno chemii.

Umiejętność czytania składów jest bardzo przydatna, jeśli chce się wyeliminować pewne składniki ze względu na alergie, wrażliwość skóry lub skłonność do trądziku kosmetycznego. Patrząc na sam skład nie da się jednak powiedzieć, ile jest danego składnika, na co standaryzowany jest ekstrakt (taka na przykład zielona herbata może być standaryzowana na zawartość antyoksydantów, na zapach czy wiele innych właściwości). Tanie kosmetyki koreańskie, tzw. marki roadshopowe, mają przeciętne składy, w których można znaleźć wiele substancji nie posiadających właściwości szczególnie korzystnych dla skóry. Koreański rynek jest jednym z najdynamiczniejszych na świecie, a koreańscy konsumenci są bardzo wybredni i nie przywiązują się do marek. Wysoka konkurencja zmusza producentów do oferowania coraz to nowych rozwiązań, ale próbują przyciągnąć klienta na wszelkie sposoby. Jeśli większość budżetu produktu poszła na słodkie lub zabawne opakowanie albo na ciekawy sposób użycia (tzw. skincaretainment), to prawdopodobnie dobremu składowi nie poświęcono już zbyt wiele uwagi. Ale tak jak na każdym rynku, wśród azjatyckich kosmetyków dostępne są produkty naturalne, ekologiczne, proste produkty nastawione na efekt, takie pozujące na wyroby medyczne a także wiele, wiele innych. Dzięki temu, że zamiast wielofunkcyjnych kremów mamy pojedyncze, lekkie kroki skierowane na konkretne problemy (jak rozjaśnianie przebarwień czy zmniejszanie widoczności porów) każdy może znaleźć zestaw odpowiedni dla siebie.

Jak zbudować taki zestaw? W kolejnych postach postaram się przedstawić kilka startowych propozycji adresowanych do poszczególnych typów cer i skierowanych na konkretne problemy, które powinny pomóc w budowaniu własnej, skrojonej na miarę pielęgnacji.